Newer posts are loading.
You are at the newest post.
Click here to check if anything new just came in.

March 01 2015

soquiet
22:40
Skończył się dobrze. Dobrze, że się skończył.

Czas uciekł, teraz niknie przestrzeń, brnę marszcząc Twoją (w)brew. Tyrania inicjałów, początek początków. Najdrobniej rozpisuję się na stronach nieokreślonego formatu, odcienie od niechcenia zepchnięte do szarości. Nie mam dość; przebijam się przez niedobory i zeszłoroczny śnieg, który obszedł mnie łukiem o szerokim rozstawie ramion. No(c)stalgia g(i)nie się jeszcze, długa jak zacienione ulice, topniejące koleiny sennych płatków śniegu złapanych w pół oddechu. Odeszłam od z(i)my-słów utykając na prawą dłoń, z powiekami pełnymi cudzych rzęs spod których spoglądam w lustro. Notuję, zabieram się do drogi zaginając rogi rękawiczek, czasami płaczę, plączę podstawowe (nie mam) pojęcia. Os(n)uwa mnie czas;ami, samotnie wracam, tnę chodniki z(az)naczone światłem oślepiającym resztki sennego nieba. Dłoń stopniowo tracąca ciepło, jednostkowo kostnieję, coraz bliżej słów, coraz bliżej zi(my).

July 05 2014

soquiet
20:56
Pochmur.no(c). Drżę, jestem jak ciało, które stało się słowem; milczę, miewam opóźnienia, biegnę wolniej. (Ws)chodzące słońce, szukam schronienia w wewnętrznej części Twej dłoni; okruchy bladego świtu targające martwe powieki. O(d)żywiasz mnie ciepłem, światło (nie)śmiało dotyka mych policzków, muska rozchylone usta. Chcę się (u)topić jak ryba w słowach. Z(a)mykasz cichutko, tykające, nawlekające na siebie dwieście.dwadzieścia.cztery minuty do snu, wlekące się kłębkiem po podłodze, do kolejnego otwarcia źrenic. Przeplatam się w nieodgadnionym poznając (nie)po-znane. Dręczące, (nie)ciekawe, leniwe myśli mkną jak światło po drodze. 
A Ty letni, prawie gorący, parzysz, mierzysz wzrokiem cny zamiar, miarowo oddychasz, zabierasz powietrze.
Zabierz wokół oka złe łzy i złamane rzęsy.

April 27 2014

soquiet
16:57
Rozbite szkło zabrało mi słowa. Uczę się pisać poranioną dłonią, składam słowa jeden, za drugim, szeleszcząca nie-biała kartka, szkarłat na ustach. Rozbijam myśli, wypływają karmazynowym tuszem na nie-białe tło. Gaśnie małe światło, półmrok pochłania litery. Porywa szepty, zostawia tylko pła(sz)cz. A droga znów na skróty; z błotem na podeszwach, wiatrem wiejącym nam w twarz. Pcham oddech chroniąc żebra przed zmierzchem. Zimne dłonie kołyszą się w rytm kroków. A mówią, że wszystko, co mamy, jest kłamstwem. Zapomną nas w mgnieniu oka, które nie otwiera się od rzęs. Pozostanie niepewne dygotanie skóry spod której wypływają przezro-czyste karmazynowe emocje, zbyt słone, by utonąć, by (z)niknąć jak cień, jak małe światło blaknące co zmrok. 
Zdążę umrzeć tysiące razy, zanim odejdzie(sz).

April 21 2014

soquiet
21:33
Tnę ciszę. Jeszcze nigdy szmer nie bywał tak głośny, nieznośny (s)pokój. Dom szary, w-zburzony, pocięty w popiół. Murowany grunt walący się od palących wierszów.
Zakrzywiam czasoprzestrzeń. Moknę jak zawsze, (zdra)dziecko w mżawce snów. Który to już raz, dwa, trzy po trzy, cztery kubki gorącej kawy, ciepłej melodii, przegryzionych, przeżutych kawałków marzeń. Przywołuję rzeczywistość, tak bujnie rozpościeram ją na łóżku, poduszki dwie, kołdra i futro. Przyglądam się cie-kawsko, mały świat na mojej kołdrze, jeden nos, uszy dwa, oczy (nie)słone. W jego miejscu wczorajszym tonem opowiadałeś prawdziwe bajki. Szept zakłócał (s)pokój, kawałki sklejone, wpięte, przypięte. Spinacze na kolanach, łokciach, piersiach, głowie. Odpięte. Dziś zazębia się z piaskiem, zlęknione patrzy w przyszłość, a szelest w mojej świadomości, przypomina wczorajsze dni, spacery, pła(sz)cz w mroźną noc.
Wróć cicho(ść).

April 18 2014

soquiet
17:04
Czas przesącza się przez palce, przeczesany, przegląda  się we wspomnieniach, a migawki sekund atakują zaciekle powieki. Obija się o setki bzdur, głębokich przestrzeni płytkich jezior wielkich uczuć, przeraża go stek kłamstw, sterta śmieci, niedomówień, braku słów, niemych krzyków, wielkich nadziei, przykrytych, zakopanych emocji.
Byle tajemnie.
Byle po cichu.
Byle po kryjomu.
Okrywa go wstyd. Pląta się u stóp, okręca się wokół kolan, długi, niezmierzony. Brnie wśród szklanych drzew, dźwięków kochania, obrazów młodości. Szary Człowiek, o czarnych oczach, spierzchniętych ustach, przykryty od głowy po ziemię. W zaczarowanej rzeczywistości, łzy nie są na sprzedaż, bogaty, Szary Człowieku. Lepiej zakopać serce pod dywan, zapomnieć o wszystkim. Zakazać myśli, wykreślić uczucia, marzenia spalić, zapo(mnie)ć. Wejść uśmiechniętym w stado pijawek, nie patrząc nikomu w oczy.
Lepiej Ci będzie Szary Człowieku, bez czarnej zieleni z Twych snów.

February 21 2014

soquiet
11:28
Crimson.
Przeistaczanie się jest trudne. Tak trudno to wypowiedzieć, tak ciężko przepuścić w myślach ten zlepek słów. Trudne. Trudne akceptowanie siebie. Nowej wersji starej rzeczy, do której kurczliwie trzymało przyzwyczajenie.
Tak bardzo chciałoby się pielęgnować to, co dobre. Dobro jednak umarło. Obraziło się, uciekło, wybiegło w dal. A Ty wciąż pielęgnujesz jego martwe wspomnienie.
Pytam się siebie. Zadaję tysiące krótkich, zwięzłych pytań, bombarduję nimi wszem i wobec. Retorycznie. A przecież wciąż chciałam być inna. Karmazynowa. Płynąć po błękitnej toni.
Tak długo.
Dobro we mnie umarło. Jedyne żywe marzenie, które kazało mi płonąć. 
A karmazyn znów stał się bielą. Bielą i solą na nogach.

November 20 2013

soquiet
23:09
Trzepot skrzydeł nie pomoże. Rozpaczliwe chwytanie powietrza. 
A oni się wznoszą i wznoszą. Coraz wyżej płyną po błękitnej przestrzeni. Rozkładasz najokazalsze skrzydła, trzepoczesz nimi bezgłośnie.
Czemu nie możesz biec? Co jest solą na nogach, karmazynowy nielocie?
Oni się wznoszą. Wznoszą. Coraz wyższy głos ironii. Kto oblepił Ci nogi solą? Kto uniemożliwił bieg, swobodny marsz? 
Rozłóż swe cudowne skrzydła. Najpiękniejsze. Naj-nie-po-trze-bniej-sze.
Oni płyną, nielocie. Karmazyn odbija się refleksami na tafli oceanu.
Samotny, schowaj skrzydła. Nie pofruniesz.
Trzepocząca, karmazynowa plamko na Ziemii, nikt nie usłyszy Twojego krzyku.
soquiet
22:53

June 05 2013

soquiet
12:37
Czuję pęd powietrza otulający moją twarz. Oczy łzawią, wiatr uderza w nie mocno, obezwładnia, ochładza czerwone policzki. Nie poddam się. Nogi dalej poruszają się w stałym rytmie, mimo iż tchu brak, a serce bije zbyt szybko. Krew pulsująca w żyłach nie pozwala zapomnieć o rosnącym zmęczeniu. Ignorując ból rozpamiętuję się w tupocie ciężkich butów na bruku. To już przecież niedaleko. Niedaleko. Zdążę... Muszę...

October 24 2012

soquiet
20:56
Banalność zdarzeń w nieprzerwanym potoku słów
(nie)ustającym gruchocie wyrazów
w zdaniach wmieszanych w błoto.

September 24 2012

soquiet
21:22
Pogruchotane kości,
wyplute na ścianę
alter ego mózgowych zwojów.
Łaty na łokciach,
zdarte kolana,
odciski na piętach i dziura w głowie.

Rachunek należny,
wrze w Twojej dłoni,
aż go wypłacisz do ostatniej kropli.
Sól i czerwień
ból głowy przyprawi,
zatkany nos i uszu eksplozję.
Szkliste oczy,
wpatrzone gniewnie,
będą obrazem snów najstraszniejszych.

I nigdy już, n i g d y nie spojrzysz,
na ścianę niedoli,
na zwoje z krwi,
na zwoje z łez.

July 30 2012

soquiet
18:52
Dziś każdy chce być artystą, wyrywać części z siebie, pakować w kwadraty jeden na jeden, związane sznurkiem, sprzedawać masowo jak klocki Lego, jak mleko w spożywczaku. Dziewczynki z lustrzankami zwą się artystkami, ego zbyt wielkie, by prawdziwym było. Piszą ludzie, piszą. Wypruwają zdania, długie, złożone, przepełnione egzystencjalnymi gniotami pełnymi znaczenia, nieznaczenia. Przeżute, na wpół strawione słowa wypluwają na kartkę, karmią nas nimi jak najnowszą ramówką tvn'u. Stukstukstuk. Stukstuk. Kim jestem dziś, z szeleszczącą na wietrze kartką papieru, ołówkiem w ręce? Mam nadzieję, że może jednak nie artystką, marną, samotną pośród setek innych. Bez ambicji unieśmiertelniania uczynię to inaczej. Wykrzyczę imię z Eyjafjallajökull. Zrodzę trójkę dzieci. Posadzę drzewo przed krakowskim akademikiem. Oddam wszystko co posiadam biednym na ulicach.
A później założę szary płaszcz. Z dłońmi w kieszeniach przejdę powolnym krokiem pośród zimnych, mokrych kamienic. Nie poznasz mojej twarzy przechodząc obok. Pozostanie na zawsze nieznajomą.
Bo prawdziwego artysty nie poznasz idąc ulicą.

June 09 2012

soquiet
11:11
Leniwie mija dzień, rozciągnięte sekundy. Sens istnieniu nadaje czekanie, powolne przecieranie oczu, zerkanie na ekran telefonu. Świat pełen nudy, jakiegoś niecodziennego wrażenia, że znów niemożność powiedzenia niczego wprost, słowa grzęznące w gardle, niedo-, niewypowiedziane. Spokój nie istnieje, jest tylko przestawianie z kąta w kąt, niedobór praw, przesyt obowiązków, daleko od życia, daleko zbyt. Nadchodzi czas więzienia, jasnych ścian, nadmiaru myśli, braku głosu. Przyzwyczaj się. Jutro nie będzie ani piękne, ani obiecujące. Tylko ból głowy, niska wartość, szept swój własny, nucona kołysanka, słone krople na poduszce, palące poczucie winy.
Gdzie jesteś Przyjacielu, gdy potrzeba Cię najbardziej. Powiedz gdzie się schowałeś, gdzie ukryłeś, jak dotrzeć do Twoich ramion, jak zapomnieć, że jest się złym i niewartym, niczego niewartym. Przypomnij jak odzyskać siebie, jak uwierzyć w to, że życie się należy.

Ale Ciebie już nie ma. Nie ma. Nie będzie. Nie jutro. Nie dziś.

May 20 2012

soquiet
19:48

"Przeciągi literackie"

To nic, że tytuł nie ten, a nagroda trzecia. Pod Sylwią Malec znajdziecie tekst, który dobrze znacie z jesiennej pory roku - tylko to się liczy.

May 16 2012

soquiet
16:19
Może znów za wysoko wzlecieliśmy, może dlatego podcinają nam skrzydła, za dużo rozumów zjedliśmy, zbyt wiele wiemy, zbyt wielkie mamy ego, zdania długie, złożone, niewyparzone języki. Może dlatego oddechu nam brak, pot oblewa nam skronie, długie, ciężkie noce, puste kubki, zwinięte pospiesznie, porozrzucane kartki, świecące się oczy, sił niedostatek, słone krople na poduszkach. Nie czuję się jak podpalacz osiedlowych śmietników, bohater okolicznych, niepochlebnych szeptów, z popiołem na podeszwach, cynicznym uśmiechem na twarzy, winnym, po stokroć winnym. Jestem tylko dzieckiem, uciszającym się pod karcącym spojrzeniem, wystraszonym, pokornym, dziś tylko pokornym. Tak bardzo chciałabym wzlecieć, pokazać na co stać mizerne skrzydła, uginające się pod ciężarem wiosennego powietrza. Ale oni chcą nas złapać, ściągnąć, powystrzelać jak kaczki, jak Ikar będziemy lecieć w dół, a obrazy będą nam migać przed oczami. Boję się upadku. Upadek będzie bolesny, może nawet ostateczny. Przecież jestem nielotem. Tylko nielotem...

May 05 2012

soquiet
20:37
Zegary wybijają czwartą nad ranem, zmarznięte kamienice pogrążone są w cichym śnie. Chodniki spowijają się wodą, liście drzew poruszają się delikatnie od subtelnego powiewu wiatru. Krople deszczu uderzają miarowo o materiał parasolki, woda nieznośnie wlewa się przez dziurawe buty. Zimno o tej porze roku. Za niedługo mróz przyjdzie. Chłód i szczękanie zębów.
Jakoś pusto mi w sercu, choć myśli biją się nieznośnie. W chaosie słów, mnogości zdarzeń, szarości bruku. Tak daleko mi. Tak daleko do niestosownie ubranych pań z billboardów, uśmiechów z okładek, gestów zza szyby. Rozglądam się niespiesznie. A ja tylko potrzebuję istoty. Z krwi, kości, skóry i mózgu. Kimkolwiek by nie była, marzę, aby przytulić swój policzek do jej policzka podczas jazdy samochodem o piątej nad ranem i zapewnić siebie, że to najpiękniejszy pożegnalny prezent, jaki mogę otrzymać. Tak bardzo czegoś mi brak. W oderwanym świecie niedokończonych idei, niespełnionych obietnic, zapomnianych czynów, niestrawności wspomnień. Za późno już, by rozdzierać rany, za wcześnie, by wyrzucić je z siebie. Nie wróci już, nie wróci już nigdy. W pamięci chowała ciepły brąz tęczówek, ofiarujących poczucie względnego bezpieczeństwa, wpatrujących się z troską w jej kruchą, delikatną, pełną wrażliwości postać. Ale dziś tych tęczówek już nie ma, są tylko spalone mosty, żarzące się serce i popiół na piętach. Przypomniałeś mi się wczoraj, dziś może nawet. Przypomniał mi się też walący się grunt pod nogami, łapczywe chwytanie się ostatkami sił, z pewnością, że wszystko już stracone. Był inny brąz tulący mnie do snu. Nadzieja, coraz bardziej krucha. Powiedz mi ile dni można spędzić odwracając się za siebie, szukając resztek uczuć w ich braku, w ilu nocach o śnie można zapomnieć, ile posiłków sobie odmówić, ile tytoniu przepuścić przez swoje płuca, ile scenariuszy i planów wmówić swojej zmęczonej już głowie, by wreszcie poczuć, że tego ciężaru już nie ma, jest tylko stonowana ulga i cichy promyk szczęścia. Tak daleko do domu. Tak zimno. Tak cicho. Znów droga na skróty, na przełaj, z błotem na podeszwach, rozpiętymi guzikami płaszcza. Światła gasną. Piąta nad ranem. Może sen przyjdzie. 
Może mnie odwiedzisz.

March 25 2012

soquiet
11:56

March 16 2012

soquiet
22:33
-Wstań. Podam Ci rękę. Proszę.
Targa po schodach znajomy ciężar. Balast zbyt wielki na drobne, kruche ramiona. Czarna skórzana kurtka wbija się w bok. Kłuje niemiłosiernie. Krok. Jeden. Drugi. Trzeci. Jeszcze trochę. Jeszcze tylko kilka stopni.
Z cichym skrzypieniem otwierają się drewniane, wysłużone drzwi.
-Chodź, szybko, szybko.
Zgaszone światło. Zielona lamperia. Cichy stukot kroków na klatce.
-Szybko, ktoś idzie, Adaś, ruszaj się.
Poruszam nogami na tyle na ile pozwala bezwładna masa. Jeszcze jeden krok. Przekraczam próg mieszkania. Drzwi zamykają się za mną. Odwracam głowę. Widzę tylko fartuszek w kwiatki i zafrasowaną minę matki. Pasemka włosów, które wymknęły się z koka.
-Zanieś go do pokoju.
Zrzucam ciało z pleców. Wersalka zaczyna skrzypieć. Słyszę kroki tuż za mną. Dotykam dłonią pleców. Przeszywa je ból. Wiem, że przejdzie, zaraz przejdzie.
-Ściągnij mu buty.
Pochylam się. Rozwiązuję sznurówki. Ściągam ciemne, ubłocone lakierki. Wstaję.
-Mamo.
-Nie teraz Adasiu.
-Mamo, tak dłużej być nie może.
-Adaś. Nie teraz. Zrobiłam Ci kolację. Jest na stole w kuchni.
Siadam przy stole. Wzrok wlepiam w talerz.
Noc. Pokój. Słuchawki w uszach. Znajomy głos rymuje prawdy o życiu. Wyglądam przez okno, cichy, spokojny, betonowy plac. Krople obijają szyby. Zasnuwają wilgocią huśtawki. Z pamięci powoli ucieka odór alkoholu.
Cicho. Byle ciszej.
Ściany mają uszy, a w zegarach płynie krew.
Reposted byzEveR zEveR

February 27 2012

soquiet
17:26
Subtelny szum mroźnego wiatru gładzi drżącą skórę, tańczy po nagich plecach, cichym szmerem przekrada się do stóp. Przystaję. Drżące dłonie chowam w kieszeń, nieznane, puste drogi chłodu pełne, pełne jak noc. Zagubione myśli, zlęknione uczucia, słone krople w pod powiekami, opadnięte kąciki ust. Jak wrócić do domu. Jak dojść mam. Jak cicho. Jak mroźno. Jak ciemno. Jak sen

February 24 2012

soquiet
20:58
Biegnę. Łapczywie chwytam oddech, poprzez moją krtań, tchawicę, oskrzela boleśnie aż do płuc wdziera się mroźne powietrze. Moje ciało protestuje, pragnie się zatrzymać, ale nie może. Nie pozwolę mu na odpoczynek, na choć krótką chwilę wytchnienia. Czuję ból, brakuje mi sił, słone krople na policzkach stają się ostatnim źródłem ciepła... Upadam.
Tak bardzo boję się bólu. Panicznie obawiam się stracić to, co jest mi znajome, co pozwala przeżyć trudności piętrzące się przede mną. Strach mnie zabija. Paraliżuje myśli, wprawia w drżenie moje zmęczone, przesycone lękiem mięśnie.
Wstaję. Uciekam. Uciekam w nieznane mi drogi, nowe zjawiska. Szukam w sobie szczęścia, czegoś, co pozwoli mi być stałą dla siebie. Przepatruję moje wnętrze, segreguję wspomnienia, wyrzucam nadzieje. Wierzę. Wierzę, że mnie prowadzisz, tak nieznośnie i łapczywie trzymam się skrawka Twojego płaszcza. Wiem, że nie jestem jedyną, mam jednak nadzieję, że pomożesz. Spojrzysz na mnie, pochylisz pokryte zmarszczkami skronie, wzruszysz się bezgłośnie, dasz szansę. Pozwolisz dbać o tych, których kocham tak mocno. Obiecasz, że istnieć będą niezniszczalni. Tak bardzo nie chcę być znów samotna.
Older posts are this way If this message doesn't go away, click anywhere on the page to continue loading posts.
Could not load more posts
Maybe Soup is currently being updated? I'll try again automatically in a few seconds...
Just a second, loading more posts...
You've reached the end.

Don't be the product, buy the product!

Schweinderl